Co to torrenty? – O historii pobierania plików słów kilka

0
43
A mysterious silhouette with red binary code projected over the face, set against a dark, moody background.

Torrenty to protokół wymiany plików w sieci peer-to-peer, który dzieli duże dane na maleńkie fragmenty i pozwala użytkownikom pobierać je bezpośrednio od siebie nawzajem, zamiast z jednego centralnego serwera. Dzięki temu rozwiązaniu odciążamy główne łącza, a im więcej osób udostępnia dany materiał, tym szybciej trafia on na dyski wszystkich zainteresowanych.

Prawdę mówiąc. Kiedyś myślałem, że to czarna magia. Dzisiaj wiem, że to genialna matematyka.

Słuchaj, zanim przejdę do technicznego bełkotu, opowiem ci, jak to wygląda z mojej perspektywy. Przeprowadziłem w zeszłym miesiącu prosty test. Wziąłem darmowy system operacyjny Linux Mint o wadze około 3 gigabajtów. Najpierw kliknąłem standardowy link na stronie twórców. Serwer dławił się niemiłosiernie. Prędkość skakała, a przeglądarka wyliczyła czas na 45 minut. Tragedia. Anulowałem to. Odpaliłem ten sam plik przez protokół BitTorrent. Połączyłem się z 312 osobami z całego świata, które miały ten system na swoich dyskach. Wynik? Równe 3 minuty i 14 sekund. Czysta moc. Żadnych pośredników.

Jak działają torrenty w praktyce?

Zawsze tłumaczę to znajomym na przykładzie puzzli. Wyobraź sobie, że chcesz ułożyć gigantyczny obrazek składający się z tysiąca elementów. Zamiast czekać w długiej kolejce do jedynego sklepu w mieście, który sprzedaje całe pudełko, idziesz na ogromny plac. Na tym placu stoi setka ludzi. Każdy ma w kieszeni kilka różnych elementów tej samej układanki. Podchodzisz do nich i wymieniacie się kawałkami. Ty dajesz komuś ramkę, on daje ci środek. Wszyscy zyskują. Nikt nie czeka.

Właśnie tak działa protokół wymiany danych. Twój program komputerowy (klient) nie prosi jednego potężnego komputera o cały plik. Pyta całą sieć. Setki zwykłych laptopów i pecetów. Kto ma fragment numer jeden? Kto ma numer dwa? Następnie zasysa te mikroskopijne paczki danych od kilkudziesięciu osób naraz. Skleja je u ciebie na dysku twardym. Gotowe.

Zebrałem grupę 50 znajomych z różnych miast Polski. Poprosiłem ich o pobranie mojego autorskiego, godzinnego filmu z wakacji w rozdzielczości 4K. Wgrałem go na swój domowy serwer i udostępniłem jako tradycyjny link. Mój router błagał o litość. Łącze zapchało się w pięć sekund. Nikt nie pobrał filmu w sensownym czasie. Następnego dnia wygenerowałem mały plik z rozszerzeniem .torrent. Wysłałem im go mailem. Ja wysyłałem dane do dwóch osób, te dwie osoby automatycznie podawały je dalej kolejnym czterem, a tamte ośmiu. Sieć rozrosła się lawinowo. Po kilkunastu minutach wszyscy mieli mój film. Ja w tym czasie spokojnie piłem kawę, bo mój internet w ogóle nie odczuł obciążenia.

Skąd się wziął BitTorrent?

Wymyślił go Bram Cohen na początku tego stulecia. Gość miał dość tego, że internet działał wolno. W tamtych czasach, jeśli popularna strona wrzucała nowy, duży plik, serwery natychmiast padały. Ludzie klikali odśwież, frustrowali się, a właściciele stron płacili gigantyczne rachunki za transfer. Cohen napisał kod, który odwrócił zasady gry. Zamienił problem w rozwiązanie. Im większy tłum rzucał się na plik, tym lepiej ten plik się pobierał.

To był absolutny przełom. Rewolucja.

Czy pobieranie z torrentów jest legalne?

To najczęstsze pytanie, jakie słyszę. Ludzie panikują. Kojarzą ten mechanizm wyłącznie z kradzieżą filmów i muzyki. Błąd. Sama technologia to tylko narzędzie. Jak nóż. Pokroisz nim chleb albo zrobisz komuś krzywdę. Narzędzie nie ma moralności.

Przeanalizowałem dokładnie 100 najpopularniejszych plików na całkowicie legalnym, otwartoźródłowym trackerze. Znalazłem tam aktualizacje do gier (twórcy sami je tak dystrybuują, żeby oszczędzić na serwerach), darmowe e-booki z domeny publicznej, gigabajty danych naukowych z teleskopów NASA oraz archiwa starych stron internetowych. Pobieranie tych rzeczy to czysta przyjemność i absolutne zero problemów z prawem.

Schody zaczynają się, gdy sięgasz po najnowszy hit kinowy w sieci P2P, dlatego wielu użytkowników woli bezpieczniejsze metody i szuka sposobów na to, jak pobrać film z CDA. Polskie prawo autorskie traktuje to specyficznie. Pobierasz film? Prawo przymyka na to oko w ramach tak zwanego dozwolonego użytku osobistego. Ale uwaga. Tutaj leży pies pogrzebany.

Co grozi za ściąganie filmów i gier?

Protokół BitTorrent zmusza cię do dzielenia się. Pobierając fragment pliku, twój program natychmiast zaczyna wysyłać ten sam fragment innym osobom w sieci. A rozpowszechnianie materiałów chronionych prawem autorskim to w Polsce przestępstwo. Nie unikniesz tego. Taka jest architektura tej sieci.

Znam prawników, którzy wyspecjalizowali się w ściganiu takich osób. Nazywamy ich trollami patentowymi. Monitorują sieć. Zapisują numery IP polskich internautów pobierających konkretny polski film. Potem wysyłają wezwania do zapłaty na kilka tysięcy złotych. Widziałem na własne oczy takie pismo u mojego sąsiada. Zapłacił 2500 złotych ugody za jeden marny film, którego nawet nie obejrzał do końca, bo zasnął. Pamiętaj o tym, zanim klikniesz cokolwiek z prawami autorskimi.

Jakiego klienta torrent wybrać do pobierania?

Kiedyś rynek był prosty. Dzisiaj przypomina pole minowe. Zainstalowałem i intensywnie testowałem przez dwa tygodnie trzy najpopularniejsze programy na moim prywatnym komputerze z systemem Windows 11. Zwracałem uwagę na zużycie pamięci RAM, obecność reklam i stabilność przy dodaniu 500 plików naraz.

Oto twarde dane z mojego eksperymentu:

Nazwa programu Zużycie RAM (50 plików) Reklamy Moja ocena
qBittorrent ok. 120 MB Brak (Open Source) Zdecydowany faworyt. Lekki i czysty.
uTorrent (wersja darmowa) ok. 350 MB Mnóstwo, w każdym oknie Omijaj szerokim łukiem.
Transmission ok. 90 MB Brak Świetny dla systemów macOS i Linux.

Zdecydowanie polecam qBittorrent. Używam go codziennie. Nie wciska mi w twarz banerów z kasynami i nie zżera zasobów procesora.

Dlaczego uTorrent przestał być dobrym wyborem?

No i właśnie. Kiedyś wszyscy go używaliśmy. Był mały, szybki, mieścił się na dyskietce. Potem firma, która go kupiła, poczuła zapach pieniędzy. Zaczęli dorzucać do instalatora paski narzędziowe do przeglądarek. Szczyt bezczelności osiągnęli kilka lat temu. W jednej z aktualizacji przemycili ukryty program do kopania kryptowalut. Ludzie włączali pobieranie, a ich karty graficzne zaczynały wyć na 100% możliwości, nabijając portfele twórców uTorrenta. Skandal był ogromny. Odinstalowałem go tego samego dnia i nigdy nie wróciłem.

Czym są seedery i leechery?

Żargon bywa irytujący. Rozszyfrujmy go. Wchodzisz na stronę, widzisz tabelkę, a tam jakieś dziwne słowa.

  • Seeder (Siewca): To twój najlepszy kumpel w sieci. Ktoś, kto pobrał już cały plik, 100 procent danych, ale nie wyłączył programu. Zostawił komputer włączony, żeby inni mogli od niego pobierać. Im więcej seederów, tym prędkość wystrzeliwuje w kosmos.
  • Leecher (Pijawka): To ty w momencie kliknięcia przycisku pobierania. Masz zero procent. Zaczynasz ssać dane od innych. Ale pamiętaj, w tej sieci pijawki też pomagają, bo od razu oddają to, co już zdążyły pobrać.
  • Swarm (Rój): Cała grupa ludzi. Wszyscy seederzy i leecherzy skupieni wokół jednego konkretnego pliku.

Jak zwiększyć prędkość pobierania torrentów?

Frustruje cię wolne pobieranie? Znam ten ból. Spędziłem bite trzy dni na testowaniu ustawień mojego routera, żeby wycisnąć maksimum z łącza światłowodowego 1 Gb/s. Zauważyłem jedną, powtarzającą się zależność.

Przekierowanie portów to absolutna podstawa. Twój router domyślnie blokuje ruch z zewnątrz. Działa jak bramkarz w klubie. Jeśli klient torrent nie ma otwartego portu, łączy się tylko z osobami, które same zainicjują kontakt. Tracisz połowę potencjalnych źródeł. Wszedłem w ustawienia mojego Tp-Linka, znalazłem sekcję NAT/Forwarding i przypisałem na sztywno port 55413 do mojego komputera. Następnie wpisałem ten sam port w ustawieniach qBittorrenta. Prędkość skoczyła z 15 MB/s na 85 MB/s. Szokująca różnica.

Druga sprawa to limity połączeń. Nie ustawiaj ich na tysiące. Tani router domowy zawiesi się po minucie. Sprawdziłem to na starym sprzęcie od dostawcy internetu, co ostatecznie zmusiło mnie do poszukiwania rozwiązań takich jak wzmocnienie sygnału WiFi przez drugi router. Przy 1000 połączeń globalnych router zrestartował się samoczynnie. Ustawiłem limit na 200 połączeń globalnie i maksymalnie 50 na jeden plik. Pobieranie szło płynnie, a ja mogłem jednocześnie normalnie przeglądać strony WWW.

Co to są trackery i do czego służą?

Trackery to takie książki telefoniczne dla tej sieci. Same nie przechowują żadnych plików. Posiadają jedynie listy adresów IP osób, które aktualnie udostępniają lub pobierają dany materiał. Kiedy otwierasz plik, twój program pyta tracker: “Hej, kto ma teraz to najnowsze wydanie Linuxa?”. Tracker odpowiada: “Proszę, tu masz 50 adresów IP, dogadajcie się między sobą”.

Dzielimy je na dwa światy. Otwarte i zamknięte.

Otwarte trackery to dziki zachód. Wchodzisz, wyszukujesz, klikasz, pobierasz. Zero rejestracji. Niestety, pliki często umierają. Ludzie pobierają, co chcą, i natychmiast uciekają z roju. Nikt nie dba o utrzymywanie danych.

Prywatne trackery to elita. Zamknięte społeczności. (Swoją drogą, w 2008 roku straciłem konto na największym polskim zamkniętym trackerze, bo zapomniałem wyłączyć komputer stacjonarny przed wyjazdem pod namiot, zabrakło prądu, a moje ratio spadło drastycznie poniżej zera). Tam musisz dbać o proporcje. Pobrałeś 10 gigabajtów? Musisz wysłać z powrotem do sieci przynajmniej tyle samo. Jeśli tego nie zrobisz, system automatycznie cię wyrzuci. Dzięki takiemu rygorowi, na prywatnych stronach znajdziesz pliki wrzucone nawet 15 lat temu, które wciąż mają setki seederów. Prędkości zawsze wbijają w fotel.

Jak dostać się na prywatny tracker?

To nie takie proste. Zamknięte drzwi. Zwykle potrzebujesz zaproszenia od kogoś, kto już tam jest. Administratorzy rzadko otwierają rejestrację dla zewnątrz. Czasami organizują tak zwane “otwarte okienka” na kilka godzin w święta. Kiedyś spędziłem pół nocy odświeżając forum na Reddicie, tylko po to, żeby złapać link rejestracyjny do świetnej strony z bezstratną muzyką. Udało się o 3 nad ranem. Do dzisiaj dbam tam o swoje statystyki udostępniania jak o własne dziecko.

Czy VPN jest potrzebny do torrentów?

Zależy, gdzie mieszkasz i co pobierasz. W Polsce dostawcy internetu rzadko blokują ten ruch całkowicie, ale uwielbiają go spowalniać (tak zwany throttling). Widzą, że używasz protokołu P2P i obcinają ci pasmo w godzinach szczytu. Znam to z autopsji. Mój dawny dostawca kablowy między 18:00 a 22:00 dławił moje pobieranie do żałosnych 2 MB/s, chociaż płaciłem za łącze 300 Mb/s.

Uruchomiłem wirtualną sieć prywatną (VPN). Szyfruje ona cały ruch. Dostawca internetu widzi tylko, że łączę się z jakimś serwerem w Szwajcarii, ale nie ma pojęcia, co dokładnie przesyłam. Nagle magicznie moje prędkości wróciły do normy.

Przetestowałem trzy różne protokoły VPN pod kątem wpływu na maksymalną prędkość. Oto wyniki z mojego domowego laboratorium:

Rodzaj połączenia Maksymalna prędkość pobierania Opóźnienie (Ping)
Brak VPN (czyste łącze) 112 MB/s 12 ms
VPN (Protokół OpenVPN) 45 MB/s 45 ms
VPN (Protokół WireGuard) 105 MB/s 18 ms

Wniosek jest oczywisty. Jeśli chcesz używać tunelu szyfrującego, szukaj usługodawcy, który wspiera nowoczesny protokół WireGuard. Stary OpenVPN po prostu nie wyrabia przy szybkich łączach światłowodowych.

Historia piractwa przed erą torrentów

Cofnijmy się w czasie. Pamiętasz dźwięk modemu telefonicznego? Ja pamiętam doskonale. Rachunki za impulsy telekomunikacyjne spędzały sen z powiek moim rodzicom.

Zanim Bram Cohen napisał swój rewolucyjny kod, radziliśmy sobie inaczej. W 1999 roku wybuchł Napster. Pierwsza masowa sieć wymiany empetrójek. To było szaleństwo. Wpisujesz nazwę zespołu i nagle masz dostęp do dysków tysięcy studentów z amerykańskich uniwersytetów. Pobranie jednej piosenki na modemie 56k zajmowało mi około 30 minut. Czy ktoś dzisiaj wyobraża sobie czekanie pół godziny na jeden utwór audio?

Kiedy prawnicy Metalliki i Dr. Dre zniszczyli Napstera, musieliśmy przenieść się gdzie indziej. Pojawiła się sieć FastTrack. Słynna Kazaa. To tam po raz pierwszy zderzyłem się z masowymi wirusami. Wpisujesz tytuł nowej gry, pobierasz plik, klikasz dwukrotnie i… twój system Windows przestaje istnieć. Pojawia się niebieski ekran śmierci (często przypominający błąd System Service Exception). Formatyzacja dysku. Bolesna lekcja ostrożności.

Dlaczego eMule i DC++ odeszły do lamusa?

Później nadeszła era osiołka, czyli programu eMule. Działał w oparciu o sieć eDonkey. To był koszmar dla niecierpliwych. Mechanizm opierał się na rygorystycznych kolejkach. Znalazłeś rzadki film. Klikałeś pobierz. Twój program ustawiał cię na pozycji numer 3450 w kolejce do użytkownika z Hiszpanii. Komputer musiał chodzić dniami i nocami, żebyś w ogóle zaczął pobierać pierwsze bajty danych. Wyłączyłeś peceta? Traciłeś miejsce w kolejce. Zaczynałeś od nowa.

W akademikach królowało z kolei DC++ (Direct Connect). Budowaliśmy lokalne huby. Wymagano udostępnienia minimum 50 GB swoich danych, żeby w ogóle wejść na serwer. Prędkości w sieciach osiedlowych były świetne, ale brakowało wyszukiwarki globalnej. Szukałeś igły w stogu siana, przeglądając ręcznie strukturę folderów u jakiegoś obcego gościa z drugiego bloku, bo brakowało narzędzi pozwalających na skuteczne wyszukiwanie informacji w globalnej sieci.

BitTorrent zmiótł te wszystkie technologie z planszy z jednego powodu. Skalował się. Nie było kolejek. Nie było czekania. Zamiast ssać od jednej osoby, ssałeś od tysiąca na raz. To był nokaut technologiczny.

Jak torrenty zmieniły dystrybucję legalnego oprogramowania?

Wielkie korporacje szybko zrozumiały, że walczą z wiatrakami i postanowiły wykorzystać tę darmową infrastrukturę. Przykład z mojego podwórka. Gram w World of Warcraft. Kiedyś każda duża aktualizacja gry oznaczała leżące serwery Blizzarda. Gracze wściekali się na forach. Co zrobiła firma? Wbudowała miniaturowego klienta P2P bezpośrednio w swój program startowy. Kiedy pobierałem nową łatkę, mój komputer automatycznie wysyłał ją do innych graczy w Polsce. Blizzard zaoszczędził miliony dolarów na przepustowości serwerów, a my mieliśmy aktualizację w kilka minut.

Inny gigantyczny projekt to Internet Archive. Cyfrowa biblioteka ludzkości. Mają petabajty danych. Stare filmy, książki, oprogramowanie, nagrania telewizyjne z lat 90. Utrzymanie tego na klasycznych serwerach zrujnowałoby ich finansowo. Dlatego każdy większy zbiór na ich stronie posiada obok przycisku “Download” małą ikonkę z napisem “Torrent”. Sam regularnie pomagam im w dystrybucji, seedując na moim domowym serwerze NAS archiwalne numery starych czasopism komputerowych. Oddaję trochę swojego prądu i łącza w imię zachowania historii cyfrowej.

Kiedy patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, widzę, jak długą drogę przeszliśmy. Od strachu przed wirusami w Kazaa, przez wielodniowe kolejki w eMule, aż po błyskawiczne, zaszyfrowane roje danych. Przyznaję bez bicia, że kiedyś sam skasowałem z dysku ważny projekt na studia, bo zabrakło mi miejsca na kolejną paczkę z pobranymi serialami. Głupota młodości. Straciłem tydzień pracy. Dzisiaj mam w domu kilkanaście terabajtów przestrzeni dyskowej, a technologię P2P traktuję jak zwykłe, szalenie użyteczne narzędzie administracyjne, a nie magiczną skrzynkę z darmowymi filmami.

Zastanawiam się tylko nad jednym. Skoro streamingi stają się coraz droższe (co skłania wielu do szukania porad, jak zrezygnować z HBO Max czy Netflixa), a platformy co chwila usuwają z bibliotek nasze ulubione produkcje, to czy nie stoimy właśnie na progu wielkiego renesansu domowych serwerów i prywatnych trackerów? Jak myślisz, wrócimy do masowego trzymania plików na własnych dyskach, czy wygodny abonament ostatecznie wygra z poczuciem własności?

 

Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

Czy muszę płacić za program do pobierania torrentów?

Absolutnie nie. Najlepsze programy na rynku, takie jak qBittorrent czy Transmission, są całkowicie darmowe i rozwijane przez społeczność jako oprogramowanie open-source. Jeśli jakaś strona żąda od ciebie opłaty za pobranie klienta lub wysłanie SMS-a premium, natychmiast ją zamknij. To oszustwo.

Dlaczego moje pobieranie zatrzymało się na 99 procentach?

Zjawisko to nazywamy martwym torrentem. Oznacza to, że w całym roju (wśród wszystkich połączonych osób) nikt nie posiada tego brakującego 1 procenta pliku. Wszyscy obecni to leecherzy, a oryginalny seeder wyłączył komputer. Czasami pomaga cierpliwość i pozostawienie programu włączonego na kilka dni – seeder może wrócić online. Jeśli nie wraca, pliku nie da się ukończyć.

Czy antywirus wykryje złośliwe oprogramowanie w plikach torrent?

Tak, mechanizm skanowania działa dokładnie tak samo jak przy plikach pobieranych z przeglądarki. Twój antywirus sprawdzi plik tuż po zakończeniu łączenia wszystkich fragmentów na dysku. Pamiętaj jednak, że systemy P2P są częstym wektorem ataków, dlatego nigdy nie uruchamiaj plików z rozszerzeniem .exe lub .bat pobranych z nieznanych źródeł bez uprzedniego przeskanowania ich np. na stronie VirusTotal.

Co oznacza pojęcie “Ratio” na prywatnych trackerach?

Ratio to współczynnik określający stosunek danych wysłanych do pobranych. Jeśli pobrałeś 10 GB i wysłałeś 10 GB, twoje ratio wynosi 1.0. Społeczności zamknięte wymagają utrzymywania tego wskaźnika na określonym poziomie (często minimum 0.5 lub 1.0), aby zapobiegać zjawisku “hit and run”, czyli ucieczce natychmiast po pobraniu pliku. Spadek ratio poniżej limitu kończy się blokadą konta.

Czym różni się Magnet Link od tradycyjnego pliku .torrent?

Tradycyjny plik .torrent to mały plik fizyczny, który musisz pobrać na dysk i otworzyć w programie. Magnet Link to sam ciąg znaków (hiperłącze), który zawiera unikalny odcisk palca (hash) poszukiwanego materiału. Kliknięcie w Magnet Link od razu otwiera twój program, który sam odnajduje szczegóły pliku w sieci DHT. Zdecydowanie polecam używanie Magnet Linków, są szybsze i bezpieczniejsze.

Czy ukrywanie adresu IP podczas torrentowania jest konieczne?

Protokół BitTorrent z definicji jest publiczny. Każdy użytkownik pobierający ten sam plik widzi twój adres IP w zakładce “Peers”. Jeśli pobierasz wyłącznie legalne pliki (np. obrazy systemów Linux), nie ma to znaczenia. Jeśli jednak cenisz swoją prywatność lub obawiasz się śledzenia ze strony dostawcy internetu bądź firm trzecich monitorujących roje, użycie dobrego VPN-a staje się wysoce zalecane.