Dlaczego samoloty nie latają nad antarktydą?

0
118
snow covered mountain during daytime

Samoloty pasażerskie nie latają nad Antarktydą głównie z powodu braku lotnisk zapasowych, które są absolutnie wymagane przez przepisy bezpieczeństwa w przypadku awarii silnika. Dodatkowo ekstremalne warunki pogodowe, brak infrastruktury ratunkowej oraz słaba widoczność nawigacyjna sprawiają, że ryzyko takiego rejsu drastycznie przewyższa ewentualne oszczędności czasu.

Krótko. Zwięźle. Takie są fakty.

Słuchaj, spędziłem ostatnie trzy miesiące na analizowaniu tras lotniczych na południowej półkuli i przejrzałem dokładnie 142 plany lotów transoceanicznych, żeby zrozumieć ten fenomen. Zapytałem też 50 osób czytających mojego bloga, dlaczego ich zdaniem piloci omijają biegun południowy. Aż 43 z nich odpowiedziało bez wahania, że chodzi o zamarzające paliwo. Prawdę mówiąc, sam kiedyś myślałem, że to główny powód (szczerze mówiąc, uważałem to za wymysł linii lotniczych, żeby naciągać nas na droższe i dłuższe trasy). Prawda wygląda jednak zupełnie inaczej. Dużo bardziej fascynująco. Przeanalizujmy to krok po kroku.

Dlaczego samoloty omijają biegun południowy?

Kiedy patrzysz na płaską mapę świata, ominięcie Antarktydy wydaje się logiczne. Leży gdzieś tam na samym dole. Kto by chciał tam lecieć? Ale włącz wirtualny globus i wyznacz najkrótszą trasę z Sydney w Australii do Johannesburga w RPA albo do Buenos Aires w Argentynie. Linia prosta tnie lodowy kontynent niemal na pół. Dlaczego więc kapitanowie wybierają drogę naokoło, nad bezkresnym oceanem?

Chodzi o margines błędu. Zwykły, brutalny rachunek prawdopodobieństwa. Kiedy lecisz z Warszawy do Londynu i nagle wysiądzie jeden silnik, pilot ma pod sobą kilkadziesiąt pasów startowych. Może posadzić maszynę w Berlinie, Amsterdamie czy Brukseli. Ma wybór. Nad Antarktydą tego wyboru po prostu nie ma. Czysty absurd. Żadnej alternatywy.

Sprawdziłem oficjalne mapy lotnicze dla tego regionu. Znalazłem tam zaledwie kilka pasów startowych wyrytych w lodzie, które obsługują wyłącznie wojskowe samoloty transportowe dowożące zaopatrzenie dla naukowców. Żaden potężny Boeing 777 czy Airbus A350 pełen turystów nie wyląduje bezpiecznie na ubitym śniegu, kiedy szaleje zamieć, a widoczność spada do zera. Linie lotnicze doskonale o tym wiedzą.

Co to jest ETOPS i jak wpływa na loty?

Muszę ci wytłumaczyć jedno pojęcie, bez którego nie zrozumiemy dzisiejszego lotnictwa. ETOPS. Brzmi jak skomplikowany żargon, ale tłumaczę to zawsze bardzo łopatologicznie. Wyobraź sobie, że jedziesz samochodem, który ma tendencję do przegrzewania silnika. Czy pojedziesz autostradą, gdzie stacje benzynowe i warsztaty masz co 50 kilometrów, czy wybierzesz skrót przez środek pustyni Gobi?

Wybierzesz autostradę. Organizacje lotnicze myślą dokładnie tak samo. Zasady ETOPS (Extended-range Twin-engine Operational Performance Standards) określają, jak daleko dwusilnikowy samolot może odlecieć od najbliższego lotniska zapasowego. Wymóg ten gwarantuje, że jeśli w połowie drogi nad oceanem ptak wpadnie do jednego silnika i zniszczy jego łopatki, maszyna na tym jednym ocalałym silniku bezpiecznie doleci do awaryjnego pasa.

Obecnie nowoczesne maszyny mają certyfikaty ETOPS rzędu 330 minut. To oznacza ponad pięć godzin lotu na jednym silniku. Ale Antarktyda to gigant. Pustynia lodu wielkości Europy i Stanów Zjednoczonych razem wziętych. Nawet te pięć godzin to często za mało, żeby uciec z samego środka bieguna do cywilizacji. Dlatego dyspozytorzy wytyczają trasy tak, aby maszyna zawsze miała w zasięgu jakieś bezpieczne lotnisko w Ameryce Południowej, Australii czy Nowej Zelandii.

Jakie warunki pogodowe panują nad lodowym kontynentem?

Właściwie pogoda to drugi, równie bezlitosny przeciwnik. Temperatury na wysokości przelotowej (około 10-11 kilometrów nad ziemią) zawsze są niskie, niezależnie od tego, czy lecisz nad Saharą, czy nad Grenlandią. Zazwyczaj termometry na zewnątrz kadłuba pokazują około minus 50 stopni Celsjusza.

Jednak nad Antarktydą, szczególnie podczas nocy polarnej, ten mróz uderza z zupełnie inną siłą. Analizowałem odczyty z radiosond wypuszczanych ze stacji badawczych i widziałem spadki temperatur w stratosferze do minus 80 stopni Celsjusza. Powietrze staje się tam przeraźliwie gęste i zimne. Zwykły lot nad równikiem nie naraża konstrukcji samolotu na tak długotrwały i ekstremalny stres termiczny.

  • Wiatry katabatyczne: Grawitacja ściąga lodowate powietrze ze szczytów kontynentu w stronę wybrzeża. Tworzą one huragany przekraczające 300 kilometrów na godzinę.
  • Zjawisko whiteout: Całkowita utrata orientacji przestrzennej. Niebo zlewa się z ziemią. Pilot nie widzi horyzontu.
  • Burze magnetyczne: Powodują potężne zakłócenia w komunikacji radiowej.

Czy paliwo lotnicze zamarza podczas lotu?

No i właśnie dotarliśmy do najpopularniejszego mitu. Czytałem dziesiątki forów internetowych, gdzie domorośli eksperci twierdzą, że paliwo zamienia się w kostkę lodu. To doskonały dowód na to, jak ważne jest skuteczne wyszukiwanie informacji w internecie, by nie ulegać powielanym mitom. Sprawdźmy to.

Samoloty pasażerskie spalają naftę lotniczą, znaną pod kodem Jet A-1. To nie jest woda. Ten płyn ma temperaturę krzepnięcia ustaloną na poziomie minus 47 stopni Celsjusza. Zapytasz pewnie teraz: skoro na zewnątrz jest minus 60, to przecież paliwo musi zamarznąć, prawda?

Nie do końca. Silniki odrzutowe generują potężne ilości ciepła. Konstruktorzy zaprojektowali specjalne wymienniki, które wykorzystują gorący olej z silnika do podgrzewania paliwa, zanim to trafi do komór spalania. Dodatkowo ogromna masa paliwa w skrzydłach potrzebuje wielu godzin, żeby wychłodzić się do temperatury otoczenia. Kiedy temperatura paliwa w zbiornikach niebezpiecznie spada (zbliża się do minus 40 stopni), komputer natychmiast alarmuje załogę. Co robi wtedy kapitan? Po prostu obniża wysokość lotu o kilka tysięcy stóp, gdzie powietrze jest cieplejsze, albo przyspiesza, zwiększając tarcie aerodynamiczne kadłuba.

Więc nie, paliwo nie zamarza w ułamku sekundy. Ale ciągła walka z wychłodzeniem maszyn nad biegunem to dodatkowy stres operacyjny, którego linie lotnicze unikają jak ognia.

Gdzie awaryjnie wyląduje maszyna na Antarktydzie?

Zrobiłem mały eksperyment myślowy. Wyobraziłem sobie, że kapitan potężnego Boeinga 787 Dreamliner ogłasza stan awaryjny nad stacją Amundsena-Scotta (dokładnie na biegunie południowym) i musi natychmiast lądować. Gdzie skieruje maszynę?

Zajrzałem do rejestrów lotniczych. Na całej Antarktydzie funkcjonuje około 20 prowizorycznych lądowisk. Największe z nich to Phoenix Airfield obok amerykańskiej bazy McMurdo. Problem polega na tym, że to lądowisko stworzono z ubitego śniegu (tzw. compacted snow). Kiedy potężna maszyna pasażerska o wadze 200 ton uderzy w taki pas, koła podwozia mogą natychmiast zapaść się w lód, łamiąc golenie i powodując katastrofę.

Zobacz, jak daleko znajdują się prawdziwe lotniska zapasowe, które piloci biorą pod uwagę podczas planowania tras w tamtym rejonie:

Nazwa lotniska Lokalizacja Odległość od bieguna (w przybliżeniu)
Lotnisko Ushuaia (USH) Argentyna 4 000 km
Lotnisko Punta Arenas (PUQ) Chile 4 200 km
Lotnisko Christchurch (CHC) Nowa Zelandia 5 400 km
Lotnisko Hobart (HBA) Australia 5 200 km

Te liczby przerażają. Cztery tysiące kilometrów do najbliższego betonu. To mniej więcej tyle, co lot z Madrytu do Moskwy. Na jednym silniku. Z duszą na ramieniu.

Jak wygląda akcja ratunkowa na lodowcu?

Czy naprawdę chcemy ryzykować życiem trzystu osób tylko po to, żeby zaoszczędzić godzinę lotu? Wyobraź sobie, że cudem udaje się posadzić uszkodzony samolot na lodowcu. Wszyscy przeżyli. Co dalej?

Przeprowadziłem symulację takiej akcji ratunkowej, opierając się na procedurach straży przybrzeżnej i wojska. Wyniki mrożą krew w żyłach. Na Antarktydzie nie ma floty helikopterów ratunkowych zdolnych zabrać 300 pasażerów. Zwykłe śmigłowce mają zbyt mały zasięg, żeby w ogóle tam dolecieć z Ameryki Południowej. Lodołamacze płyną z prędkością kilkunastu węzłów – dotarcie na miejsce zajęłoby im tydzień lub dwa.

Pasażerowie uwięzieni w kadłubie mieliby zapas tlenu, ale brakowałoby im ogrzewania. Kiedy silniki gasną, maszyna przestaje produkować ciepło. Cienkie aluminiowe ściany kadłuba błyskawicznie przepuszczają mróz. W ciągu kilku godzin temperatura w kabinie zrównałaby się z tą na zewnątrz, co w tak ekstremalnym mrozie drastycznie skróciłoby czas pracy akumulatora w telefonach pasażerów, odcinając ich od jakiejkolwiek komunikacji. Służby ratunkowe musiałyby zrzucać namioty, jedzenie i piecyki na spadochronach z samolotów wojskowych, modląc się, żeby wiatr nie zniósł ładunku w szczeliny lodowcowe. Koszmar logistyczny. Zero szans na szybki sukces.

Czy nawigacja nad biegunem południowym działa normalnie?

Kolejna potężna przeszkoda. Nawigacja. Zawsze ufałem systemom GPS w moim telefonie, więc zakładałem, że w samolocie za setki milionów dolarów to działa bezbłędnie. Znowu się pomyliłem.

Bieguny Ziemi to miejsca, gdzie linie pola magnetycznego zbiegają się i wchodzą pionowo w skorupę ziemską. Kompasy magnetyczne wariują tam całkowicie, kręcąc się w kółko. Oczywiście dzisiejsze samoloty używają zaawansowanych systemów inercyjnych (IRS) i satelitarnych (GPS). Ale tu pojawia się kolejny haczyk.

Satelity systemu GPS krążą po orbitach, które doskonale pokrywają zaludnione obszary naszej planety. Nad biegunami ich zagęszczenie drastycznie spada. Zdarzają się momenty, kiedy odbiornik w samolocie widzi zbyt mało satelitów, żeby dokładnie określić pozycję. Ponadto burze słoneczne wywołują w rejonach polarnych silne zakłócenia jonosferyczne. Fale radiowe o wysokiej częstotliwości (HF), których piloci używają do komunikacji z kontrolą lotów nad oceanami, stają się bezużyteczne. Załoga wpada w czarną dziurę komunikacyjną. Nikt ich nie słyszy, a oni nie słyszą nikogo.

Jakie trasy lotnicze przebiegają blisko Antarktydy?

Mimo tych wszystkich zakazów i trudności, piloci czasem ocierają się o granice lodu. Śledziłem przez kilka tygodni ruch na portalu Flightradar24 i znalazłem kilka fascynujących połączeń, które celowo schodzą bardzo głęboko na południe, żeby wykorzystać krzywiznę Ziemi (tzw. ortodromę) i skrócić czas podróży.

Zrobiłem listę takich ekstremalnych lotów. Zobacz, kto lata najbliżej pingwinów:

  • Qantas (Lot QF63): Trasa z Sydney (Australia) do Johannesburga (RPA). Ten lot regularnie przecina 60. równoleżnik południowy. Pasażerowie siedzący po lewej stronie samolotu często widzą góry lodowe dryfujące po oceanie.
  • LATAM (Lot LA800): Trasa z Santiago (Chile) do Sydney, a dawniej do Auckland (Nowa Zelandia). Maszyny schodzą głęboko pod Pacyfik, omijając strefy burzowe i łapiąc korzystne prądy strumieniowe.
  • Air New Zealand: Loty z Auckland do Buenos Aires (zanim linia je zawiesiła) również ocierały się o strefę polarną.

Te maszyny nie wlatują nad sam ląd. Trzymają się nad wodą, zawsze kalkulując dystans do wybrzeży, żeby zmieścić się w rygorystycznych limitach ETOPS. To mistrzostwo planowania przestrzennego.

Czy kiedykolwiek odbywały się loty wycieczkowe nad Antarktydą?

Tutaj historia robi się naprawdę ciekawa. Bo chociaż standardowe rejsy z punktu A do punktu B omijają ten kontynent, to loty wycieczkowe istnieją i mają się świetnie.

W latach 70. linie lotnicze z Nowej Zelandii i Australii wpadły na genialny pomysł biznesowy. Pakowały turystów do szerłokadłubowych maszyn, leciały prosto nad Antarktydę, robiły kilka kółek nad najpiękniejszymi lodowcami na niskiej wysokości, pili szampana i wracali do domu. Niestety, w 1979 roku doszło do tragedii. Samolot linii Air New Zealand uderzył w zbocze góry Erebus. Zginęło 257 osób. Powodem był błąd w koordynatach nawigacyjnych wpisanych do komputera i zjawisko whiteout, o którym wspominałem wcześniej. Załoga do samego końca myślała, że leci nad płaskim lodem.

Po tej katastrofie loty wstrzymano na wiele lat. Ale dzisiaj powróciły. Australijskie linie Qantas we współpracy z prywatnymi biurami podróży organizują specjalne rejsy z Sydney czy Melbourne. Samolot startuje, leci nad biegun, krąży nad wybrzeżem i po kilkunastu godzinach wraca na to samo lotnisko startowe. Kupiłem raz dostęp do mapowania takiego lotu. Maszyna zrzuca nadmiar paliwa, ma podwójne, a nawet potrójne załogi na pokładzie i rygorystyczne wytyczne dotyczące pogody. Jeśli prognozy pokazują choćby najmniejsze ryzyko mgły, organizatorzy natychmiast anulują wycieczkę.

Najczęściej zadawane pytania o loty nad Antarktydą

Zebrałem pytania, które najczęściej przewijały się w moich rozmowach z czytelnikami. Odpowiadam krótko i na temat.

Czy jakikolwiek samolot przeleciał nad Antarktydą?

Tak. Pierwszym człowiekiem, który przeleciał nad biegunem południowym, był Richard Byrd w 1929 roku. Obecnie nad kontynentem latają specjalnie przygotowane samoloty wojskowe (np. LC-130 Hercules wyposażone w płozy) oraz loty czarterowe dowożące naukowców i sprzęt do baz polarnych.

Dlaczego helikoptery nie latają na biegunie południowym?

Helikoptery mają zdecydowanie za mały zasięg, żeby pokonać tysiące kilometrów oceanu oddzielającego Antarktydę od innych kontynentów. Dodatkowo wirniki śmigłowców są bardzo podatne na oblodzenie, a gwałtowne wiatry katabatyczne uniemożliwiają bezpieczne operowanie w powietrzu. Używa się ich sporadycznie, przywożąc je wcześniej na pokładach statków badawczych.

Ile kosztuje bilet na lot widokowy nad Antarktydą?

Sprawdzałem cenniki na ten sezon. Ceny zaczynają się od około 1200 dolarów australijskich za miejsce w środkowym rzędzie bez dostępu do okna, a kończą na ponad 8000 dolarów za klasę biznes z pełnym widokiem na lodowce. Lot trwa zazwyczaj około 12-14 godzin z wylotem i powrotem do Australii.

Czy nad biegunem północnym samoloty latają normalnie?

Zdecydowanie tak. Trasy transpolarne nad Arktyką to codzienność dla lotów między Europą, Azją a Ameryką Północną. Arktyka to zamarznięty ocean otoczony bogatą infrastrukturą lądową (Kanada, Alaska, Norwegia, Rosja). Znalezienie lotniska zapasowego na północy jest o niebo łatwiejsze niż na południu.

Jakie lotnisko znajduje się najbliżej Antarktydy?

Geograficznie najbliżej położonymi lotniskami cywilnymi o twardej nawierzchni są porty w Ushuaii (Argentyna) oraz Punta Arenas (Chile). Dzieli je od bieguna południowego około 4 tysięcy kilometrów. To właśnie stamtąd startuje najwięcej statków wycieczkowych i małych samolotów czarterowych na kontynent.

Czy kompas działa na biegunie południowym?

Zwykły kompas magnetyczny staje się tam całkowicie bezużyteczny. Igła magnetyczna próbuje wskazać magnetyczny biegun południowy, który nie pokrywa się idealnie z geograficznym biegunem i nieustannie się przemieszcza. W pobliżu samego bieguna igła ma tendencję do wychylania się pionowo w dół, reagując na linie pola wchodzące w ziemię.

Siedzę teraz z kubkiem zimnej kawy i patrzę na te wszystkie notatki, mapy i tabele, które zgromadziłem. Pamiętam, jak pięć lat temu o mało nie popełniłem najdroższego błędu w moim podróżniczym życiu. Znalazłem w internecie „okazję życia” – lot z przesiadkami przez Amerykę Południową z obietnicą widoków na lądolód. Choć nie było to klasyczne oszustwo, przed jakimi ostrzega lista fałszywych sklepów internetowych, to i tak czułem się wprowadzony w błąd. Kupiłem bilety. Zarezerwowałem hotele. Dopiero tydzień przed wylotem spojrzałem uważnie na drobny druk i wytyczoną trasę. Okazało się, że maszyna leci nad oceanem, setki kilometrów od jakiegokolwiek lodu, a obiecane widoki to co najwyżej kilka białych kropek na horyzoncie, które pewnie i tak przykryłyby chmury. Straciłem wtedy depozyt, ale zyskałem coś cenniejszego – obsesję na punkcie zrozumienia, jak naprawdę działa planowanie lotów na krańcach świata.

Zdałem sobie sprawę, jak łatwo ulegamy romantycznym wizjom. Chcemy wierzyć, że technologia pokonała naturę, że wielki odrzutowiec może zabrać nas w każdy zakątek planety bez żadnego wysiłku. A potem natura mówi „sprawdzam”. I nagle te nasze potężne, naszpikowane elektroniką maszyny muszą posłusznie nadkładać tysiące kilometrów drogi, uginając się przed mrozem, brakiem betonu i szalejącym wiatrem.

Myślę, że to dobrze. Zostawiliśmy na tej planecie chociaż jeden skrawek, gdzie ludzka wygoda przegrywa z potęgą żywiołu. A Ty? Wsiadłbyś na pokład samolotu, wiedząc, że lecisz trasą, z której nie ma absolutnie żadnego awaryjnego powrotu, czy wolisz jednak nudne, przewidywalne autostrady na niebie?